Chapter Text
Nawłoć przywitała ich spokojem późnego lata. Złociste pola falowały na wietrze, a dwór Wielosławskich, zatopiony w zieleni, wydawał się miejscem, gdzie życie płynie wolniej, leniwie, niemal beztrosko. Po miesiącach chaosu, który wypełniał ulice Warszawy, tu wszystko wydawało się miękkie, ciepłe, niemal nierealne.
Cezary siedział w powozie, opierając łokieć o drewnianą balustradę i patrzył, jak Hipolit wychyla się do przodu, z zachwytem spoglądając na rozciągające się wokół ziemie.
— Cudownie tu. — rzucił Cezary, a jego przyjaciel zeskoczył z powozu i rozciągnął się jak kot.
Jego jasne włosy rozsypały się na jego twarzy, a biała koszula, nieco pognieciona po podróży, podkreślała smukłość jego sylwetki. Cezary przez chwilę tylko patrzył.
— Mówiłem, że ci się spodoba. — mruknął zadowolony z siebie Hipolit.
Gdy Baryka stanął obok przyjaciela, był bliżej, niż było to konieczne. Ramię w ramię. Hipolit nawet tego nie zauważył, zapatrzony w dal. Cezary za to czuł – ciepło jego ciała, zapach podróży i tytoniu, który przylgnął do materiału jego marynarki.
Niedługo po tym, jak stanęli przed eleganckim dworkiem, drzwi niemal natychmiast się otworzyły, a z wnętrza wybiegła kobieta. Suknia falowała wokół jej sylwetki, a twarz lśniła od łez, gdy rzuciła się w ramiona syna.
— Hipciu! — wyszeptała, głaszcząc jego policzek, jakby nie wierzyła, że to naprawdę on. — Mój najdroższy, cały, zdrowy... O Boże, dziękuję Ci!
Młodzieniec śmiał się cicho, pozwalając się objąć, jakby na moment znów stał się dzieckiem, a nie dorosłym mężczyzną, który widział wojnę i śmierć.
Zaraz za nią pojawił się ojciec Anastazy. Zwykle poważny i zdystansowany, teraz wyglądał jak ktoś, kto walczy z własnym wzruszeniem. Spojrzał na Hipolita surowo, ale potem westchnął i po prostu przyciągnął go do siebie w mocnym, niemal łamiącym kości uścisku.
— No, dobrze, dobrze... Żeś wrócił.
Cezary stał obok, wciąż trzymając pas od powozu, niepewny, co zrobić. Patrzył na to powitanie, na łzy matki, na drżące dłonie ojca, na Hipolita, który śmiał się przez łzy, pozwalając się dotykać, tulić, całować po skroniach. Był częścią tej sceny, pasował do niej.
A Cezary? On był tylko obserwatorem.
Zacisnął palce na pasku torby i odwrócił wzrok, czując, jak coś ściska go w piersi. Nie powinien tu być. To nie było jego miejsce.
I wtedy poczuł dotyk.
Hipolit odsunął się od matki i podszedł do niego. Spojrzał mu w oczy z ciepłym uśmiechem, a potem, naturalnym, niemal beztroskim ruchem, położył dłoń w zgięciu jego łokcia.
— A to... — powiedział głośno, zwracając się do rodziny. — To jest Cezary Baryka.
Wysoki młodzieniec przełknął ślinę, nie mogąc się poruszyć.
— On... — Hipolit ścisnął jego ramię, przesuwając dłoń wyżej, na biceps. — Gdyby nie on, nie wróciłbym do domu. To on mnie uratował. On się mną opiekował, aż do końca wojny.
Matka i ojciec Anastazy spojrzeli na Barykę z nową intensywnością. W drzwiach pojawiła się właśnie Karolina i również zatrzymała wzrok na młodym mężczyźnie. Służba, która wyszła przywitać panicza, wstrzymała oddech.
— Panie Cezary... — zaczęła matka Hipolita, wyciągając ku niemu ręce. — Ja... nie wiem, jak dziękować...
— Nie trzeba. — odezwał się w końcu, choć głos miał dziwnie chrapliwy. — To... to nic...
— Nie. — Hipolit uśmiechnął się do niego ciepło. — To było wszystko.
Cezary czuł na sobie ich spojrzenia, słyszał podziękowania, słowa wdzięczności, ale wszystko to brzmiało jak zza mgły, bo jedyną rzeczą, na której potrafił się skupić, była dłoń Hipolita przyciśnięta do jego ramienia.
Była ciepła. Mocna. I to ciepło zdawało się wsiąkać w ciało Baryki, roznosząc się po nim dziwnym, niezrozumiałym prądem.
Poczuł, jak jego policzki płoną, ale nie cofnął się.
— Naprawdę, ja tylko... — zaczął, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Hipolit odruchowo chciał już zabrać dłoń, ale wtedy... Cezary złapał ją i ścisnął mocniej.
Przycisnął jego palce do siebie, jakby to był jedyny punkt stały w tej chwili, jakby tylko ten dotyk mógł go zakotwiczyć w rzeczywistości. Ciepło dłoni Hipolita niemal parzyło, a mimo to Cezary nie potrafił się cofnąć. Coś w nim kazało mu trzymać ją dłużej, za długo, niewłaściwie długo.
Przyjaciel spojrzał na niego ze zdziwieniem, a w jego oczach mignęło ciche pytanie. To było ledwo zauważalne – lekkie uniesienie brwi, subtelne napięcie wargi, jakby zaraz miał coś powiedzieć. Ale nie powiedział nic.
A Cezary? On nie mógł oderwać wzroku od ich splecionych dłoni.
Świat wokół nich nagle stał się mniej wyraźny. Przestał słyszeć rozmowy matki Hipolita z duchownym, czułe podziękowania kierowane w jego stronę, spojrzenia pełne wdzięczności. Wszystko to rozmyło się gdzieś na obrzeżach świadomości. Jedyną rzeczą, którą czuł naprawdę, był dotyk Hipolita.
Palce młodzieńca były delikatne, ale pewne. Było w nich coś kojącego, coś znajomego i jednocześnie zupełnie obcego. I może to tylko wyobraźnia, ale wydawało się Cezaremu, że ten uścisk, to ciepło, przenika głębiej, wnika w jego skórę, w mięśnie, w same kości.
Poczuł, jak jego policzki zaczynają płonąć.
— Cezary?
Głos Hipolita był cichy, ostrożny, a jednak przepełniony czymś, co wywołało w Baryce dziwne dreszcze.
Powinien się cofnąć. Powinien puścić.
A jednak jego palce zacisnęły się jeszcze mocniej.
Wtedy zrobił coś, czego sam nie rozumiał.
Powiódł kciukiem po grzbiecie dłoni Hipolita. Delikatnie, powoli, ledwie zauważalnie. Może nawet mimowolnie.
Hipolit drgnął lekko, ale nie cofnął ręki.
Ich spojrzenia spotkały się znowu – dłużej tym razem, głębiej. W błękitnych oczach Hipolita nie było już tylko zdziwienia, ale coś jeszcze. Coś, czego Cezary nie potrafił nazwać.
— Nic... — wymamrotał w końcu, spuszczając wzrok, choć jego palce wciąż nie chciały się rozluźnić.
Trzymał go jeszcze chwilę. Sekundę dłużej, niż powinien. Może dwie. Może trzy. Wystarczająco długo, by Hipolit to zauważył, ale nie na tyle, by się odsunął.
Potem Cezary w końcu puścił.
Hipolit cofnął rękę powoli, jakby nie był pewien, czy powinien, ale nie powiedział nic. Nie zapytał, nie skomentował.
Może uznał to za drobiazg.
Może nie.
Cezary przełknął ślinę i zacisnął dłoń w pięść, jakby chciał zatrzymać na skórze to ciepło, które Hipolit po sobie zostawił. Jakby bał się, że jeśli otworzy palce, ono uleci.
Poczuł nagle, że coś w nim się zmienia. Coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.
— Panie Baryka, żeby panu podziękować, proszę przyjąć moje zaproszenie na ucztę. — odezwała się cicho kobieta, w dalszym ciągu patrząc na niego z wdzięcznością.
— Zgadzam się! — powiedział wesoło młodzieniec. — Och, Czarek, mówię ci! Będziesz zachwycony.
— Skoro tak mówisz. — prychnął, uśmiechając się na widok subtelnych dołeczków w policzkach Wielosławskiego. — Dziękuję pani bardzo za zaproszenie. Chętnie je przyjmę.
Wielka sala dworu była wypełniona ciepłym światłem świec i lamp naftowych. Długie zasłony falowały leniwie przy otwartych oknach, wpuszczając do środka rześkie powietrze nocy. Pachniało kwiatami, winem i letnią ziemią.
Cezary stał nieco z boku, w pobliżu stolika zastawionego srebrnymi półmiskami i kielichami pełnymi wina. Rozmawiał z Karoliną, dziewczyną o pozłocistych włosach, których ciepły blask kontrastował z chłodną bystrością jej spojrzenia. Była pewna siebie, subtelnie ironiczna, jakby nieustannie prowadziła wewnętrzną grę z otoczeniem. Wanda siedziała nieopodal — brunetka, nieśmiała, niemal nierzeczywista w swojej cichej obecności. Słuchała w milczeniu, z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach, jakby świat był dla niej łagodnym snem.
— A co pan sądzi o naszych stronach? — zagadnęła Karolina, z lekką ciekawością w głosie. — Nawłoć, to zapewne nie jest jak inne miejsca, w których pan bywał.
— Rzeczywiście, to... zupełnie inne miejsce. — odpowiedział, dopijając wino. W jego słowach nie było entuzjazmu, raczej coś jakby obojętność, może nawet odrobinę chłodnego dystansu.
— Nawłoć może nie jest najwspanialsza, ale ma swój urok. — zauważyła Karolina, patrząc na niego badawczo. W jej słowach kryła się pewna wyższość, jakby miała nadzieję, że Cezary dostrzegł coś w tym miejscu, co umknęło innym.
Cezary zauważył, że Wanda nie włącza się do rozmowy. Siedziała spokojnie, niemal jak tło, lecz jej obecność miała w sobie coś miękkiego, kojącego. Uosabiała niewinność, którą znał tylko z książek albo z odległych wspomnień dzieciństwa.
Patrzył na obie — Karolinę, z jej pozłocistymi włosami, umysłem ostrym jak brzytwa i spojrzeniem, które nie dawało spokoju, i Wandę — cichą jak świt, bezpieczną, jakby zamkniętą w szklanej kuli.
Zastanawiał się, czy którakolwiek z nich mogłaby wyprowadzić go z niepokoju, który od chwili przyjazdu do Nawłoci nie opuszczał go ani na moment.
— A jak się panu podoba u nas? — zapytała Karolina, nachylając się nieznacznie.
— Jak z obrazka. — mruknął. — Tylko niektóre obrazki bywają nazbyt gładkie.
Wanda uniosła na niego wzrok. Jej dotąd spokojne oczy drgnęły, jakby coś w tych słowach zakłóciło jej równowagę. Przez moment milczała, po czym powoli odwróciła głowę ku oknu, jakby czegoś szukała – albo od czegoś uciekała.
Już miał kontynuować rozmowę z panną Szarłatowiczówną, lecz jego wzrok skupił się na jego przyjacielu.
Stał po drugiej stronie sali, roześmiany, w otoczeniu kilku znajomych. Światło lamp rzucało ciepły blask na jego jasne włosy, rozświetlając ich złoty odcień. Był rozluźniony, niemal beztroski, opowiadał coś z ożywieniem, a towarzyszący mu ludzie śmiali się i spoglądali na niego z podziwem.
Wanda również spojrzała w tamtą stronę.
I wtedy Cezary to dostrzegł.
Jak jej spojrzenie lekko się zmieniło. Jak przygryzła dolną wargę z cichym, nieświadomym zainteresowaniem. Jak w jej oczach błysnęło coś, czego nie chciał tam widzieć.
Jego uśmiech zniknął.
— Hipolit jest prawdziwą duszą towarzystwa. — powiedziała cicho Wanda do Karoliny, nieświadoma, jak w jednej chwili zmieniła się atmosfera.
Cezary spojrzał na nią powoli.
Serce uderzyło mocniej, a po plecach przeszedł mu dreszcz. Nieprzyjemny. Ostry.
To był moment – sekunda, może dwie, lecz to wystarczyło.
Ciepły dotąd gwar rozmów stał się nagle odległy. Jego dłoń zaciśnięta na kieliszku stała się lodowato zimna. Coś w nim zaczęło wrzeć, kipieć, krążyć pod skórą jak trucizna.
Spojrzał z powrotem na Hipolita. Wciąż tam stał, nieświadomy.
Nie zauważył, jak Wanda na niego patrzyła, jednak dla Cezarego było to jasne. Znał ten rodzaj spojrzenia. Pełen młodzieńczego, naiwnego zauroczenia.
Dla Cezarego było to jak uderzenie w pierś.
Nagle wszystko inne przestało istnieć.
Hipolit stał w drugiej części salonu, otoczony grupą rozmówców, z tym swoim łatwym, swobodnym uśmiechem, który przyciągał ludzi do niego, jakby światło przyciągało ćmy. Nie zdawał sobie sprawy, że jest obserwowany. Że ktoś śledzi każdy jego ruch, każdy gest, każdy oddech.
Baryka już nie słyszał rozmów wokół siebie.
Nie zauważył, kiedy odsunął kieliszek i ruszył przez pokój.
Jego krok był szybki, pewny, nieznoszący sprzeciwu. Nie myślał – działał.
Hipolit właśnie pochylał się ku komuś, może by coś powiedzieć, może by wysłuchać, a może po prostu przypadkiem się zbliżył. Cezary nie zamierzał czekać, aż dystans między nimi się zmniejszy.
Nie zastanawiał się, czy to wypada. Nie dbał o to, kto patrzy. Po prostu wyciągnął rękę i złapał Hipolita za biodro. Zacisnął palce mocno, gwałtownie, prawie boleśnie, ale zamiast zwykłego nacisku w jego ruchu było coś, co sugerowało, że chce to zamienić w coś mniej poważnego. Właściwie to nie liczyło się, co czuł. Liczyło się tylko to, by Hipolit poszedł tam, gdzie on chciał.
Hipolit zachwiał się lekko, zaskoczony.
— Cezary? — jego głos był pełen zdziwienia, może nawet lekkiego rozbawienia.
Cezary tylko się uśmiechnął, wymuszony uśmiech, który nie wyrażał nic poza chęcią rozładowania napięcia.
— Chodź. — powiedział, a jego głos brzmiał jak zwykła prośba, ale była w nim ta sama nieuchwytna nuta, która wskazywała na coś więcej, czego nie mógł powiedzieć na głos. — Miałeś mi przecież opowiedzieć historię tego dworku. Czyżbyś o tym zapomniał?
Hipolit spojrzał na niego zaskoczony, nie rozumiejąc, dlaczego Cezary chce nagle rozmawiać o czymś takim. Zmarszczył brwi, próbując znaleźć odpowiedź, ale Cezary już nie dawał mu czasu na zastanowienie.
— Cezary... — próbował zaprotestować, ale jego słowa zatonęły w ciszy, gdy Cezary szarpnął go ku sobie, jakby nie dawał mu wyjścia.
Biodra zderzyły się na chwilę, a Hipolit instynktownie oparł rękę na ramieniu Cezarego, chcąc złapać równowagę, a Cezary nie puścił go ani na moment. Ich spojrzenia spotkały się w milczeniu, a odległość między nimi stała się nagle niebezpiecznie mała.
— Chodź, już mówiłem. — powiedział, w jego głosie nie było już tej samej lekkości, którą próbował na początku narzucić. Był szorstki, niemal chłodny. Wciąż trzymał go blisko siebie, jego palce mocno zacisnęły się na biodrze Hipolita, jakby nie chciał go puścić.
Hipolit czuł, jak jego serce przyspiesza, nie rozumiał, co się dzieje, ale czuł, że coś w tej chwili się zmienia. Cezary wciąż starał się maskować swoje prawdziwe emocje, udając, że to nic wielkiego, że to tylko zwykła rozmowa, ale cała ta sytuacja była teraz zupełnie inna.
— Cezary, co ty... — zaczął, ale Cezary tylko uśmiechnął się lekko, jakby nie chciał, żeby jego słowa miały jakiekolwiek znaczenie.
— Nic, po prostu chodź. — powiedział szybko, ale ton głosu był bardziej rozkazujący, niż powinien. Spojrzał na Hipolita, jakby oczekiwał, że bez słowa pójdzie za nim i młody mężczyzna, mimo że nie rozumiał tej zmiany, zrobił to, choć z lekkim opóźnieniem. Uśmiechnął się, starając się rozładować napięcie, ale nie wiedział, co z tym wszystkim zrobić.
— Dobrze, dobrze, Czaruś. Już idę. — westchnął czule, akceptując gwałtowne zachowane przyjaciela. Zrzucił je na to, iż może czuć się dziwnie w nowym miejscu, otoczony obcymi ludźmi. Mówił sobie, że za parę dni Baryka przyzwyczai się do tego miejsca i będzie spokojnie przechadzać się po pięknych okolicach.
Cezary nie odpowiedział, tylko pociągnął go dalej, trzymając go blisko siebie. Jego palce wciąż tkwiły na biodrze Hipolita, mocno zaciskając się na jego ciele. Czuł, jak jego serce bije szybciej, ale nie mógł tego przyznać, więc milczał.
Dla Wielosławskiego wszystko to było dziwne, ale nie wiedział, jak zareagować. Czuł, jakby wkraczał w coś, czego nie potrafił zrozumieć, ale jednocześnie nie mógł wyjść z tej sytuacji. Mimo wszystko nie dostrzegał w nim tej zaciskającej się szczęki.
Nie widział tej ciemnej, pochłaniającej go fali, która sprawiała, że wszystko inne przestawało mieć znaczenie.
Później w gwarze rozmów i przytłumionym blasku świec, Cezary siedział tuż obok Hipolita, niemal dotykając go ramieniem. Ciepło ciała Wielosławskiego wydawało się wręcz namacalne, rozlewające się jak niewidzialna fala, która sprawiała, że Cezary nie potrafił się skupić na niczym innym. Palce jego dłoni spoczywały na stole, tuż obok dłoni Hipolita, w zasięgu ruchu, w odległości jednego krótkiego oddechu. Złapał się na tym, że nie słuchał rozmów. Nie dbał o to, co mówili inni, nie interesowały go anegdoty i śmiechy. Cała jego uwaga skupiła się na tym jednym punkcie, na tej jednej osobie, na ciele, które było tak blisko, a jednocześnie zupełnie poza jego zasięgiem.
Hipolit sięgnął po kielich, odchylił się lekko, a w tej chwili Cezary poczuł, że nie może już dłużej czekać. Wsunął dłoń pod stół – powoli, niepostrzeżenie, jakby poruszał się w gęstym, lepkim śnie, jakby każdy jego ruch ważył tonę. Nie dotknął od razu. Pozwolił, by jego palce ledwie musnęły materiał spodni Wielosławskiego, badając strukturę tkaniny, szukając ciepła, które było tuż pod nią. Jego palce natrafiły na udo, na napiętą mięśniowość, na cichą, niemal niezauważalną drżączkę żywego ciała.
Nie cofnął ręki.
Hipolit tego nie zauważył.
Wciąż mówił, wciąż się śmiał, nalewał wino do kielichów, nieświadomy niczego, co działo się pod blatem stołu. Jego noga nie cofnęła się, nie napiął się, nie zatrzymał w pół zdania, jakby nie poczuł dotyku, jakby nie dostrzegł obecności Cezarego tam, gdzie jej nie powinno być. Jak gdyby nie rozumiał, co się dzieje.
A Cezary, przytrzymując oddech, przesunął palce wyżej.
Tylko o kilka centymetrów.
Ale to wystarczyło.
Pod opuszkami czuł gorącą skórę skrytą pod cienkim materiałem, napięcie mięśni, które nie było wyrazem sprzeciwu, a jedynie dowodem życia, pulsującą pod skórą siłę, której nie powinien mieć odwagi naruszyć, a jednak to zrobił. Ucisk jego palców wzmocnił się lekko, dłoń przylgnęła do ciała przyjaciela, odnalazła w nim coś namacalnego, realnego, coś, co od dawna wydawało mu się nierealnym pragnieniem.
W tej chwili Hipolit drgnął.
Tylko przez moment, jakby przez jego ciało przebiegł ledwie zauważalny impuls, jak gdyby coś w nim, na samym skraju świadomości, dostrzegło ten dotyk, ale nie uznało go za nic wartego uwagi. Ich spojrzenia się spotkały – przypadkiem, niezobowiązująco, na ułamek sekundy.
Cezary czuł, jak serce zaczyna mu walić mocniej, jak napięcie rozchodzi się po jego ciele z nieznośnym tempem, jak coś w nim pęka, jak traci grunt pod nogami. A Hipolit...? Hipolit po prostu się uśmiechnął.
Nie z zakłopotaniem. Nie z niedowierzaniem.
Czule. Wdzięcznie. Beztrosko.
Nieświadomie.
Nie cofnął się. Nie zmarszczył brwi. Nie spojrzał pytająco. Nie próbował zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Nie zastanowił się nawet na ułamek sekundy, dlaczego jego przyjaciel dotyka go tam, gdzie nie powinien. Nie widział w tym nic dziwnego.
Nie widział niczego.
Uniósł lekko dłoń i w niemal odruchowym geście ścisnął nadgarstek Cezarego – nie z ostrzeżeniem, nie z protestem, a jedynie jako subtelny, przyjazny znak sympatii. Jakby chciał mu podziękować za cokolwiek, co właśnie działo się w jego własnej głowie. Jakby nie miało to żadnego znaczenia.
Młody szlachcic wciąż niczego nie zauważał.
Wciąż śmiał się, wciąż rozmawiał, jakby nic się nie stało. Jak gdyby nie poczuł tego dotyku, wciąż nie widział, jak Cezary na niego patrzy.
— To Cezary mnie uratował — rzucił beztrosko Wielosławski, uśmiechając się szeroko. — Gdyby nie on, nie wróciłbym do domu!
Karolina uniosła kielich do ust, ale nie wypiła ani kropli. Kryształ szkła dotknął jej warg, lecz wino pozostało nietknięte. Jej wzrok, zamiast ślizgać się po towarzystwie, skupił się na jednym punkcie. Na jednym człowieku. Na Cezarym Baryce.
Nie umiała powiedzieć, co dokładnie ją niepokoiło. Przecież to była tylko kolacja, kolejny wieczór w rodzinnym dworze, rozmowy i śmiechy, które powinny koić, a nie wzbudzać dziwną, opiekuńczą czujność, lecz jakaś rzecz wydawała się jej nie pasować. Coś było nie tak.
Oczy Cezarego błyszczały w półmroku, ale nie było w nich wesołości. Nie był to blask śmiechu, ani radości, ani nawet dumy, gdy Hipolit z entuzjazmem wychwalał jego zasługi. Karolina widziała coś innego – napięcie, które nie pasowało do tej chwili. Widziała, jak Baryka zamarł, jak jego uśmiech stał się zbyt sztywny, jak oddychał nieco za płytko, jakby coś go dławiło, jakby jego ciało było gdzieś indziej niż reszta towarzystwa. Zauważyła już to w czasie ich wcześniejszej rozmowy. Dostrzegła, jak niekomfortowo się napina i często śledził wzrokiem salę. Widziała lekką zmianę w spojrzeniu po tym, gdy zauważył jej kuzyna. Coś zdawało się błyszczeć w jego spojrzeniu, tylko co?
Ojciec Anastazy także to dostrzegał. Miał przenikliwe oczy człowieka, który przeżył już zbyt wiele, by ufać temu, co powierzchowne. Jego dłoń zacisnęła się lekko na różańcu, którego paciorki przesunął pomiędzy palcami, jakby instynktownie szukał czegoś namacalnego w obliczu czegoś, czego jeszcze nie umiał nazwać.
Cezary siedział nieruchomo, jakby wstrzymał oddech i zatrzymał czas wokół siebie. Cała jego uwaga skoncentrowana była na jednym szczególe – dłoni, która spoczywała na udzie Hipolita. Reszta świata jakby zniknęła, rozmyła się w tle, zamieniła w tło, które nie miało znaczenia. Cezary nie dostrzegał nic poza tym jednym, prostym gestem, który w tej chwili wydawał się wszystkim.
Palce, które zaczęły od delikatnego, prawie niewyczuwalnego dotyku, teraz były cięższe, pewniejsze, choć wciąż z pozoru nieistotne. Nie miały w sobie niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę – niczego, co wykraczałoby poza zwykły, powierzchowny gest. A jednak Cezary czuł ich obecność w każdej cząstce swojego ciała, w każdym oddechu, w każdej pulsującej komórce. To, co zaczęło się jako drobne dotknięcie, teraz stawało się czymś, czego nie mógł już od siebie odsunąć. Jakby ta dłoń była częścią niego, jakby to był moment, który nie mógł się zakończyć, a on nie potrafił pozwolić mu minąć.
Czuł, jak całe napięcie, które nagle pojawiło się w jego ciele, wypełnia każdy milimetr skóry. Gdyby miał w tej chwili na to słowa, pewnie nazwałby to niepokojem. Ale to był inny rodzaj niepokoju – taki, który nie był lękiem, a raczej jak nieodparta chęć zatrzymania chwili, sprawienia, by nic się nie zmieniało. Jego dłoń była jak kotwica, jak mała nić, która trzymała go przy Hipolicie, trzymała go przy czymś, co nie miało prawa istnieć. Ale w tej chwili, w tej przestrzeni, to było wszystko, co mógł poczuć.
Hipolit wciąż rozmawiał, śmiał się, podnosił kieliszek, pełen swobody i naturalnej lekkości. Jego uśmiech był jak powiew letniego wiatru – niczym nie obciążony, niczym nie zważony. Z każdym słowem, z każdym spojrzeniem, które rzucał w stronę innych, Cezary czuł, jak oddala się od niego. Hipolit zdawał się nie zauważać niczego innego, jakby wciąż pozostawał na swoim, nieporuszonym kursie. W jego zachowaniu nie było nic, co mogłoby zdradzić, że ten drobny gest miał jakiekolwiek znaczenie. I to właśnie bolało Cezarego najbardziej – to poczucie, że dla niego ten dotyk mógł znaczyć wszystko, a dla Hipolita był jedynie częścią codziennego zachowania, czymś tak zwyczajnym, że nie wartało to nawet najmniejszego zastanowienia.
Cezary wiedział, że to nie potrwa długo. Wiedział, że w każdej chwili Hipolit odwróci wzrok, uśmiechnie się do Karoliny, zada pytanie Wandzie, a jego ręka spocznie na czyimś ramieniu, na czyjejś dłoni, na czyimś ciele. Ale nie jego. Czuł, jak to świadomość targa jego wnętrznościami, jakby w każdej chwili mogło wszystko się zmienić, jakby ten dotyk mógł zostać zerwany i zastąpiony czymś, co nigdy nie miało tej intensywności, tej całkowitej obecności. Czuł, jak ten moment zaczyna mu uciekać, jak zaczyna się rozmywać, jakby nie było dla niego miejsca w tym świecie, w którym Hipolit był takim samym centrum dla wszystkich.
Mimo że Hipolit wciąż śmiał się, rozmawiał, wznosił toasty, Cezary miał wrażenie, że nic nie jest już takie samo. W tej lekkości, w tej swobodzie, w tym braku jakiejkolwiek ostrożności, czuł rosnące napięcie, które nie dawało mu spokoju. Każdy gest, każda chwila, każdy śmiech Hipolita wydawały się tak odległe, jakby nie mieli ze sobą nic wspólnego. I choć Cezary próbował zagrać swoją rolę, trzymając rękę tam, gdzie była, starał się nie zdradzić tego, co działo się w jego wnętrzu, to w głębi czuł, jak wszystko w nim jest napięte, jakby trzymał w ręku coś, co mogło się w każdej chwili rozsypać.
To bolało – nie tylko ten dystans, ale także świadomość, że Hipolit nie widział w tym żadnego znaczenia. Dla niego wszystko było zwykłe. Dla Cezarego to był moment, który mógłby zmienić wszystko, który stawał się nieuchwytny, tak bliski, a zarazem tak daleki. I to właśnie był ten moment, który Cezary czuł w każdej komórce swojego ciała – moment, który był wszystkim, a zarazem niczym.
Cezary musiał w końcu się ruszyć. Dłoń, która przez chwilę spoczywała na udzie Hipolita, stała się ciężarem. Choć nie widać było żadnych oznak dezorientacji na twarzy Hipolita, Cezary poczuł, jakby cały świat wokół niego zamarł w tym jednym, nieoczekiwanym geście. Jego palce zaczęły drętwieć, jakby każda cząstka ciała domagała się teraz ruchu, oddalenia. Z każdą sekundą to, co miało być tylko delikatnym, nieśmiałym dotykiem, stawało się coraz bardziej nie do zniesienia.
Cezary nie mógł już wytrzymać tego napięcia, tej ciszy, która nagle stała się zbyt głośna w jego głowie. Chciałby cofnąć rękę, chciałby po prostu uciec, ale nie potrafił. Był jak sparaliżowany przez ten moment, przez to, co nie zostało powiedziane, przez tę niewidzialną barierę, którą sam sobie postawił, lecz w końcu, po długiej chwili, gdy poczuł, że nie ma już odwrotu, powoli, z wielką ostrożnością, wycofał dłoń, jakby była czymś cennym, z czym nie chciał się rozstać, a jednak musiał.
Zamiast spojrzeć na Hipolita, zamiast zobaczyć, czy ten zareaguje, Cezary odwrócił wzrok. Zacisnął usta i wstał z miejsca. Jego ruchy były opóźnione, jakby sam nie wierzył w to, co robi. Każdy gest wymagał od niego wysiłku, każda myśl była oddzielona od rzeczywistości, jakby starał się uwolnić od czegoś, czego nie potrafił zrozumieć.
Kiedy się podnosił, musiał przejść obok Hipolita, ale jego wzrok pozostał utkwiony w przestrzeni, jakby chciał zapomnieć o tym, co się stało. Każdy krok brzmiał zbyt głośno w jego głowie, jakby stąpał po szkle, którego nie dało się zamieść. Zdecydowanie podszedł do grupy, która rozmawiała przy stole. Jego twarz była zamknięta, prawie chłodna, jakby coś w nim zamarło, a on sam starał się to zakamuflować w manierze, która miała sprawiać wrażenie całkowitej naturalności.
Choć Cezary nie czuł się w pełni sobą wśród towarzystwa zgromadzonego przy stole, jego naturalny urok działał bez zarzutu. Wewnętrzne rozdarcie, napięcie, które wciąż gdzieś w nim pulsowało, nie przedostawało się na powierzchnię w sposób widoczny. Jego spojrzenia – przygaszone, ale przenikliwe – wydawały się pełne zamyślenia, co tylko dodawało mu powagi. Nawet milczenie, które w innych sytuacjach mogłoby zostać odebrane jako niezręczność, w jego przypadku zyskiwało na znaczeniu – sprawiało wrażenie tajemnicy, czegoś głębszego, niedopowiedzianego.
Karolina patrzyła na niego z zaciekawieniem, raz po raz prowokując go drobnymi uwagami, niby żartobliwymi, a jednak podszytymi chęcią zrozumienia. Wanda, bardziej cicha, mniej aktywna w rozmowach, zerkała na niego z ukosa, jakby mimowolnie próbując uchwycić jakiś ślad emocji, który mógłby zdradzić, co naprawdę myśli. Cezary odpowiadał im z tym swoim półuśmiechem – nieco zmęczonym, nieco figlarnym – który mógł znaczyć wszystko i nic zarazem.
Nie szukał tematów, ale też nie odrzucał rozmów. Jego głos, gdy się odzywał, był spokojny, ciepły, przyciągający uwagę. Mówił krótko, ale celnie. Potrafił rzucić zdanie, które rozbawiło towarzystwo, choć sam nie do końca słuchał własnych słów. Wydawał się nieobecny, a jednak obecny dość, by każdy poczuł się zauważony, by jego spojrzenie, zatrzymane choćby na moment, zostawiało ślad.
Czasami łapał się na tym, że nie słyszy odpowiedzi, że nie wie, o co właśnie go zapytano, jednak wystarczył gest, uniesienie brwi, lekko przechylona głowa – i nikt nie miał mu tego za złe. Miał w sobie coś, co przyciągało, nawet gdy jego myśli błądziły zupełnie gdzie indziej. Nawet gdy jego ciało siedziało przy stole, a serce nadal tkwiło przy tamtym dotyku, który chciałby zatrzymać na dłużej.
Nie czuł się dobrze. Czuł, że gra w grę, której reguły nie do końca mu odpowiadają. A jednak potrafił w nią grać. Niewymuszona elegancja, ten cień melancholii w spojrzeniu, coś w sposobie, w jaki odchylał się na krześle czy dotykał palcami krawędzi kieliszka – wszystko to sprawiało, że mógł sobie pozwolić na więcej. Na ciszę. Na zdawkowe odpowiedzi. Na spojrzenie, które zatrzymywało się gdzieś poza rozmówcą, jakby tylko przypadkiem padało na jego twarz.
Gdy ktoś zażartował, roześmiał się razem z innymi – nieco później, nieco ciszej – ale jego śmiech był dźwięczny i szczery na tyle, by go nie kwestionować. Potrafił odegrać rolę duszy towarzystwa, choć sam był przekonany, że ledwo trzyma się tej maski. A jednak nikt tego nie zauważył. Nikt nie pytał, czy coś jest nie tak. Bo Cezary Baryka – ten sam, który kiedyś rzucił się w wir historii i wojny – tutaj, w Nawłoci, miał w sobie aurę niedopowiedzianej historii. I ludzie chcieli ją czytać, choć nie rozumieli języka, w jakim była napisana.
Uczta trwała w najlepsze, a światło świec rozlewało się po długim stole jak złoty miód, łagodząc ostre krawędzie nocy i sprawiając, że wszystko wydawało się ciepłe, przytulne, niemal nierzeczywiste. Stukot szkła o szkło, posrebrzane półmiski, pachnące potrawy i kolejne toasty układały się w rytmiczną pieśń wieczoru, w której Cezary był jednym z wielu głosów – choć jego brzmiał ciszej niż zwykle.
Siedział między nieznajomymi, z nienaganną postawą, z uśmiechem dokładnie tak szerokim, jak wymagała sytuacja, i odpowiedziami na tyle błyskotliwymi, by nikt nie dostrzegł jego roztargnienia. Z zewnątrz wyglądał jak ktoś, kto świetnie odnajduje się w towarzystwie – pewny siebie, nieco zdystansowany, ale intrygujący. Takiego lubili – kogoś, kto potrafi słuchać i jednocześnie nie pozwala, by zapomniano o jego obecności.
Wewnątrz jednak... to było zupełnie inne spotkanie.
W myślach wracał do wcześniejszego momentu – do ledwie zauważalnego muśnięcia, do tej krótkiej chwili, gdy jego dłoń spoczywała na udzie Hipolita, niby przypadkiem, niby bez znaczenia. Do ciężaru tego dotyku, który teraz odczuwał jak powidok w ciele. Przypominało to ciepło pozostające na skórze po słońcu – coś, co nie boli, ale nie daje zapomnieć. Uczucie, które nie znikało, choć pozornie już nie istniało.
Rozmowa obok dotyczyła jakiejś sprawy majątkowej – dziedziczenia czy zmiany właściciela folwarku, lecz Cezary nie słuchał. Kiwał głową w odpowiednich momentach, od czasu do czasu wtrącał krótkie, wyważone zdanie, które natychmiast zyskiwało aprobatę. Nawet nie będąc do końca obecnym, potrafił grać tę rolę. Jego urok działał mimo jego niechęci – ludzie chcieli go przy sobie, chcieli go słuchać, lubili jego sposób patrzenia i tę nutę rezerwy, która tylko podsycała ciekawość.
I właśnie wtedy – z gwaru i świateł, spośród wirującego zapachu wina i dymu z cygar – wyłonił się Hipolit.
Wszystko nagle stało się lżejsze, jakby przestrzeń się otworzyła, jakby ktoś uchylił okno i wpuścił świeże powietrze.
— Czarek! — rozległ się jego głos, radosny, rozjaśniony winem, lecz wciąż serdeczny. — Zostawiłeś mnie samego z tymi wszystkimi damami! Myślałem, że przynajmniej ty mnie nie zdradzisz.
Objął go ramieniem z taką łatwością, jakby znali się od lat, a nie zaledwie kilku miesięcy. Gest ten nie był ani zbyt poufały, ani wymuszony – był po prostu szczery. Był Hipolitem w całej swej istocie – radosnym, gościnnym, otwartym, rozbrajająco autentycznym. Przylgnął do Cezarego jak promień słońca, który nie pyta, czy może ogrzać twarz.
Cezary lekko się odchylił, ale tylko odruchowo – tak, by nikt nie zauważył. Nie dlatego, że chciał go odsunąć. Przeciwnie – bliskość Hipolita była aż nazbyt kusząca, nazbyt intensywna. Jego zapach, ciepło ramienia, miękkość głosu – wszystko to działało jak powolna hipnoza. Ale Cezary wiedział, że nie może sobie pozwolić na więcej niż na tę chwilę. I dlatego właśnie nie chciał jej zniszczyć.
Hipolit natychmiast przejął część rozmowy – rzucał żarty, dopytywał, potakiwał, a w razie potrzeby zmieniał temat z wdziękiem aktora. Wszyscy go słuchali. Cezary nie musiał już odpowiadać na każde pytanie – mógł odpocząć, wycofać się na chwilę do roli obserwatora. A tam, z drugiego planu, mógł przyglądać się Hipolitowi z tą odrobiną czułości, na którą mógł sobie pozwolić.
Patrzył, jak Hipolit przechyla się, by nalać komuś wina, jak śmieje się z własnych żartów, jak jego dłonie poruszają się z pasją, gdy opowiada jakąś anegdotę. Te drobne szczegóły – ruch palców, zagięcie w kąciku ust, lekkie zmrużenie oczu przy uśmiechu – wszystko to wydawało się Cezaremu piękniejsze, bo ulotne, niedostępne, jak z innego świata.
Zastanawiał się, ile jeszcze takich wieczorów będzie musiał przeżyć z udawaną obojętnością. Ile toastów wypić, ile rozmów poprowadzić, ile razy spojrzeć, nie patrząc naprawdę. A mimo to... był wdzięczny za tę chwilę – za obecność Hipolita obok, za jego śmiech w uszach, za ramię otulające jego plecy. Nawet jeśli miało to trwać tylko przez kilka toastów, przez jeden wieczór, przez jedno zimne spojrzenie nad ranem – było warte każdej chwili ciszy, którą musiał potem dźwigać.
I tak, wśród śmiechów, świateł i cieni, Cezary trwał – wciąż niepewny, wciąż rozdarty, a jednak z sercem przepełnionym cichym, niedopowiedzianym pragnieniem, którego nie sposób było już dłużej ukrywać przed samym sobą.
Cezary poczuł, jak powoli, ale stanowczo, zanika wszelka ostrożność, jakby kawałek po kawałku zrzucał z siebie wszystkie mechanizmy obronne, które do tej pory trzymały go w ryzach. Każdy kolejny łyk wina był jak krok w nieznane, ale nie czuł się już niepewnie. Było mu dziwnie łatwiej. I choć wciąż był świadomy tego, co się dzieje dookoła, teraz w tych rozmowach, które prowadził – z tymi ludźmi, których znał od momentu przyjazdu, i tymi, którzy byli mu obcy – nic nie wydawało się już tak ważne jak to, co kryło się w cieniu. To było jak delikatne przesunięcie, jakby coś wyraźnie oddzieliło ten świat winnicy, te stoły zastawione pucharami i owocami, od rzeczywistości, która mogła nadejść zaledwie za chwilę.
Hipolit, pełen życia i beztroski, jak zawsze był w samym centrum uwagi, ale teraz to on, w sposób ledwie zauważalny, przyciągał Cezarego. Dźwięk jego śmiechu docierał do niego jak echo, wypełniał przestrzeń, ale wciąż pozostawał tylko tam, obok. Cezary z trudem odrywał wzrok od młodzieńca, ale Hipolit zbliżył się do niego ponownie, opierając rękę na jego ramieniu w sposób, który nie miał w sobie żadnej wymuszonej bliskości. Była to po prostu jego zwyczajna, naturalna postawa.
– Wiesz, Czaruś, chyba mam ochotę na coś mocniejszego. – powiedział, trąc go delikatnie w ramię i podnosząc kieliszek do ust. Jego spojrzenie wciąż było lekkie, a uśmiech radosny, choć jego oczy zabłądziły na chwilę w stronę Cezarego, jakby nieśmiało szukając czegoś więcej. Może to była tylko czysta, niewinna ciekawość.
Cezary poczuł, jak mięśnie w jego ciele napinają się w odpowiedzi na ten kontakt, jakby nie był przygotowany na to, że ta niewinna postawa Hipolita będzie miała taki wpływ na niego. Pod wpływem alkoholu jego zmysły zaczęły działać szybciej, bardziej wyraziście. Każdy dotyk, każdy gest Hipolita – choć zupełnie naturalny, wręcz beztroski – odczuwał w sobie głębiej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wtedy Hipolit przekrzywił głowę, znów uśmiechając się w ten sposób, który wprowadzał w Cezarym subtelną burzę. Jego gesty były lekkie, pewne siebie, jakby to wszystko – to spotkanie, to towarzystwo, ta obecność Cezarego – były dla niego czymś zupełnie naturalnym, czymś, co nie wymagało żadnego wysiłku.
Cezary zaczął czuć się coraz bardziej zrelaksowany, ale to rozluźnienie nie przychodziło za darmo. Jego serce biło mocniej, jego myśli gubiły się w niepokojącej mieszance ekscytacji i niepewności, jakby właśnie zbliżał się do krawędzi, ale nie miał zamiaru się wycofać. Czuł, jak jego dłoń zaczyna przesuwać się po stole w kierunku kieliszka, nieco szybciej niż wcześniej. Wydawało się, że każdy ruch jest teraz powiązany z tym, co czuje. Wszystko w tej chwili zdawało się na siebie nachodzić: jego oddech, ciepło w sercu, delikatny zapach winnej latorośli, ale przede wszystkim – bliskość Hipolita.
Kiedy Hipolit opuścił go na chwilę, by przyłączyć się do innych gości, Cezary poczuł, że przez moment coś się zmieniło. Było to jak wciągnięcie oddechu, jak pauza w długiej, niewypowiedzianej rozmowie. Zanim jednak zdążył się poczuć znowu samotny, Hipolit wrócił do niego z szerokim uśmiechem, nachylił się z lekka, wciąż trzymając kieliszek w dłoni, a jego ręka znowu spoczęła na ramieniu Cezarego. W tej chwili młodzieniec przesunął się jeszcze bliżej, w sposób, który wprowadził pewne napięcie, ale również dał Cezaremu poczucie ulgi. Poczucie, że nie musi już udawać.
Cezary, czując dotyk Hipolita, pozwolił sobie na więcej. Uniósł kieliszek do ust z mniejszą ostrożnością, napił się bardziej niż przedtem, z niemal nieświadomym gestem, jakby chciał zamaskować to, co się działo w nim samym. Przecież nic się nie zmieniło, prawda? To tylko zwykła uczta, tylko przyjacielska rozmowa... ale serce wciąż biło szybciej.
Hipolit rozmawiał teraz z nim tak, jakby nic się nie działo, jakby to był jeden z wielu wieczorów, które spędzają razem, pełne żartów i drobnych słów. Jego bliskość była jak bezpieczna przystań, ale jednocześnie Cezary nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś się zmienia. Coś, czego jeszcze nie potrafił zrozumieć.
Z każdym kolejnym łykiem Cezary czuł, jak znika ostatni opór, jakby mógł sobie pozwolić na więcej. W tej chwili, w tej przestrzeni, z Hipolitem obok, wszystko zdawało się prostsze. Będąc w pobliżu tego młodzieńca, wszystko, co przedtem wydawało się złożone, jakby traciło znaczenie. I choć w jego wnętrzu wciąż tlił się niepokój, to hipnotyzująca bliskość Hipolita sprawiała, że Cezary coraz chętniej odpuszczał kontrolę, choć tylko na chwilę.
Cezary i Hipolit siedzieli przy stole, w otoczeniu rozbawionych rozmówców, ale wszystko, co działo się wokół, wydawało się być teraz tylko tłem. Z każdym wypitym kieliszkiem atmosfera stawała się coraz luźniejsza, a żarty coraz głośniejsze. Cezary, który zazwyczaj bywał powściągliwy i zarezerwowany, teraz czuł się dziwnie lekki. Alkohol sprawił, że poczuł się swobodniej, jakby przynajmniej na chwilę mogło zniknąć wszystko, co go męczyło.
Hipolit, pełen energii i radości, z szerokim uśmiechem i błyskiem w oczach, z łatwością wplatał się w rozmowy. Co chwilę rzucał jakieś zabawne spostrzeżenie, wywołując śmiech, a jego śmiech – jak zawsze głośny, radosny, pełen życia – zdawał się być zaraźliwy. Cezary patrzył na niego z lekko zamglonym wzrokiem, ale z wyraźnym zachwytem w oczach. Jego twarz rozjaśniała się na moment, gdy Hipolit wchodził w tę przestrzeń obok niego, zbliżając się na wyciągnięcie ręki, znów opierając się o ramię Cezarego z nieskrępowaną naturalnością.
– A teraz, Czarek – mówił Hipolit, poprawiając kieliszek w dłoni – musisz nam powiedzieć, co sądzisz o tym wszystkim, no bo wiesz... nie ma nic lepszego niż twój punkt widzenia na życie! – dodał, śmiejąc się i puszczając do niego oko.
Cezary poczuł, jak jego brzuch lekko ściska się od śmiechu, choć w głębi czuł, że to, co dzieje się teraz, to tylko odwrócenie uwagi od tego, co naprawdę go niepokoiło. Jego usta wykrzywiały się w lekki uśmiech, ale po kilku chwilach znów poczuł, jak alkohol osładza mu język, a żart staje się łatwiejszy. Wyciągnął kieliszek i uniósł go w górę, jakby w geście oddania hołdu, a jego słowa wyszły na tyle płynnie, że sam się zdziwił.
– Myślę, że w takim towarzystwie jak wasze... – zaczął, wciąż z lekką ironią, ale i z błyskiem w oku, w którym odbijał się tylko cień prawdziwego uczucia. – Człowiek naprawdę nie może wziąć niczego zbyt poważnie... chyba że to wino – dodał z uśmiechem, dopijając resztki w kieliszku.
Hipolit parsknął śmiechem, a Cezary poczuł, jak jego dłoń przesuwa się delikatnie po jego ramieniu w odpowiedzi na żart. To było coś, co Cezary odbierał bez oporów – dotyk, który był teraz dla niego niemal zbyt łatwy, jakby nie miał żadnej wagi. Hipolit śmiał się z tej błyskotliwej uwagi Cezarego, z całym zapałem młodzieńczej beztroski, ale Cezary wiedział, że to nie tylko żart. To coś więcej. Z każdym momentem, z każdym jego śmiechem Cezary odczuwał coraz silniej tę cichą falę napięcia, która rosła pomiędzy nimi.
– Wiesz, Cezary... – Hipolit nachylił się nieco bliżej, jakby zamierzając powiedzieć coś bardziej intymnego, ale jego głos wciąż brzmiał lekko i radośnie. – Myślałem o tym, jak to jest... Że my obaj jesteśmy trochę z tych samych światów, ale różni. Ty jesteś taki... taki poważny, a ja... – Zatrzymał się na chwilę, patrząc na Cezarego z oczami pełnymi ciepła i otwartości. – A ja... cóż, chyba za dużo się śmieję.
Cezary poczuł, jak serce bije szybciej. Zamiast odpowiedzi, tylko uniósł lekko brwi, patrząc na niego z powagą, która, choć nie do końca szczera, była dobrze dobrana do tej chwili.
– Może właśnie to, Hipolit, czyni cię tak interesującym. Twoja swoboda. – odpowiedział z lekkim, prawie niezauważalnym uśmiechem, który równie szybko zniknął.
Zaraz potem wypił kolejny łyk wina, czując, jak napój płynnie rozlewa się po jego gardle, jak każdy kęs tej atmosfery wchodzi w niego coraz głębiej. Radość, którą Hipolit wprowadzał do tej rozmowy, była niemalże zaraźliwa. Cezary, choć z zewnątrz pozornie spokojny, poczuł w sobie to, czego jeszcze przed chwilą nie mógł pojąć: pełną radość z tej chwili, tak pełną, jakby każdy kieliszek wina miał w sobie coś więcej niż tylko alkohol – coś, co nie pozwalało mu myśleć o niczym innym.
– Hipolit... – szepnął, patrząc na niego przez chwilę z dziwną intensywnością, ale zaraz z powrotem roześmiał się na głos. – Myślę, że to ty za bardzo się wygłupiasz. Ale masz rację... Wino jest najlepszym kompanem tej rozmowy.
Hipolit znów się roześmiał, przytulając się do Cezarego w sposób, który był jednocześnie naturalny i pełen uroku. Cezary przez moment poczuł, jak coś w nim pęka. Nie chodziło o to, że nie był już podchmielony – to nie było wcale to. To była ta lekkość, która napełniała go poczuciem, że może pozwolić sobie na więcej, że to wszystko jest w porządku. Że w tej chwili nie musiał trzymać się tak kurczowo przeszłości.
Otoczeni śmiechami i rozmowami, Cezary i Hipolit stali się częścią tego nastroju, chociaż tylko ich dwóch wiedziało, że między nimi coś zaczyna się kształtować – coś, co jeszcze przed chwilą wydawało się nieosiągalne.
